Napisany przez Biafra | Data 17 lutego 2012, 12:47
Tagi: Monachium 1958, Sir Matt Busby
Kiedy Stopila Sunzu umieścił piłkę w bramce Wybrzeża Kości Słoniowej w miniony niedzielny wieczór, zapewnił Zambii coś znacznie więcej niż zwycięstwo w Pucharze Narodów Afryki.
Być może finał turnieju oglądało tylko kilku fanów Manchesteru United, być może było ich znacznie więcej, jednak z pewnością każdy z nich oglądając triumfujących Zambijczyków przywołał w pamięci pewien obraz z Wembley roku 1968, kiedy to podopieczni sir Matta Busby’ego świętowali pokonanie potężnej Benfici 4:1.
Być może wielu młodszych fanów zapyta: co to ma ze sobą wspólnego? Wyjaśnienie tej kwestii jest wręcz banalnie proste. Podobieństwa pomiędzy triumfem Zambii w Pucharze Narodów Afryki z 2012 roku oraz zwycięstwem w Pucharze Europy Manchesteru United z 1968 roku są przede wszystkim takie, iż oba powstały w obliczu ogromnej tragedii, ale również należy wspomnieć, że końcowy sukces nadszedł w wydawałoby się niemożliwych do przezwyciężenia okolicznościach, a stała za nim nie tylko niesamowita determinacja i duch drużyny, lecz być może również przeznaczenie.
Zespół Czerwonych Diabłów został zdziesiątkowany w wyniku katastrofy samolotu w Monachium, o czym doskonale pamięta każdy kibic klubu z Old Trafford dlatego też nie będę marnował waszego czasu na pisanie o wydarzeniach, które są zakorzenione w umyśle wszystkich fanów manchesterskiej ekipy.
Historia reprezentacji Zambii w piłce nożnej być może nie jest już tak dobrze znana wśród sympatyków United, jednak nie sądzę, aby kibic jakiegokolwiek innego klubu na świecie, potrafił tak, jak fan Czerwonych Diabłów utożsamić się z tragedią Zambijczyków. Zacznijmy zatem opowieść…
W 1993 roku Chipolopolo byli obok Senegalu i Nigerii zdecydowanie najlepszym przedstawicielem afrykańskiego futbolu na arenie międzynarodowej. Głównie za sprawą Igrzysk Olimpijskich z 1988 roku, kiedy to zupełny outsider z Zambii pokazał światu na co, tak naprawdę go stać, demolując reprezentację Włoch 4:0.
Wtedy nadszedł jednak dzień 27 kwietnia 1993 roku, który zmienił oblicze nie tylko zambijskiej i afrykańskiej piłki nożnej, ale również całego futbolowego świata. Samolot wiozący reprezentację Zambii na spotkanie eliminacji do mistrzostw świata z Senegalem rozbił się niecały kilometr od Libreville w Gabonie. Śmierć na miejscu ponieśli wszyscy pasażerowie – 25 osób oraz 5 członków załogi. Na pokładzie maszyny było wówczas 18 piłkarzy Chipolopolo, trener oraz przedstawiciele Zambijskiej Federacji Piłki Nożnej.
Katastrofa później została wytłumaczona jako wypadkowa zmęczenia pilota i błędu aparatury nawigującej, ale w przypadku takiej tragedii pytania ‘jak i dlaczego’ wydają się mało istotne.
Niewielkim światłem w tunelu dla Zambijczyków był fakt, iż na pokładzie samolotu zabrakło kapitana reprezentacji Kalushy Bwalya – zdobywcy trzech bramek z pamiętnego meczu z Włochami z 88’- oraz pomocnika Charlesa Musondy. Podobnie jak przeżycie Harry’ego Gregga, Billa Foulkesa oraz młodego Bobby’ego Charltona pozwoliło United mieć nadzieje na odbudowanie drużyny po 1958 roku, tak w 1993, brak powyższej dwójki na pokładzie tlił nadzieje w sercach fanów Chipolopolo.
Zupełnie jak Czerwone Diabły, które w roku tragedii dokonały niemożliwego docierając do finału Pucharu Anglii, tak reprezentacja Zambii w 1994 osiągnęła finał Pucharu Narodów Afryki, przegrywając w nim z niesamowitą Nigerią.
Chipolopolo jednak mieli ogromnego pecha, bowiem nie pojechali na mistrzostwa świata w 1994 roku tylko ze względu na jeden brakujący punkt, który był efektem kilku niesamowicie kontrowersyjnych decyzji, pochodzącego z Gabonu sędziego Jeana-Fidela Diramby (prowadził przegrany mecz Zambii z Marokiem). Warto tutaj wspomnieć, iż naród ten nie był w tamtym okresie zbyt lubiany przez Zambijczyków, głównie ze względu na fakt, iż utrudniali oni prowadzenie śledztwa w sprawie katastrofy samolotu.
Podobnie jak United, powoli odbudowało swoją potęgę po tragedii w Monachium, również Zambia krok po kroku przywracała świetność swojej reprezentacji, a niedzielna wygrana była zwieńczeniem wysiłków piłkarzy oraz niesamowitego ducha narodu, który nie poddał się w obliczu tak ogromnej tragedii.
Co sprawiło, iż zwycięstwo drużyny grającej niezwykle zespołowo nad Wybrzeżem Kości Słoniowej było tak wyjątkowe? Otóż finał Pucharu Narodów Afryki odbył się na stadionie w Libreville, zaledwie kilkaset metrów od wybrzeża, gdzie w 1993 roku zginęła reprezentacji Zambii.
Niektórzy ludzie mogą nie wierzyć w przeznaczenie, mogą nie wierzyć w przewidywalność losu, czy też fakt, iż osoby, które odeszły spoglądają na nas z góry, jednak chwilami pojęcie ‘przypadku’ wydaje się być czymś więcej, niż tylko samą ideą, że tak po prostu miało być.
W chwili gdy Kalusha Bwalya, obecny prezydent Zambijskiej Federacji Piłki Nożnej wzniósł trofeum wraz z drużyną Chipolopolo nie sądzę, aby znalazł się na stadionie w Libreville kibic, który nie poczułby ‘tego czegoś’.
Należy pogratulować reprezentacji Zambii za to, czego wbrew przeciwnościom losu dokonali, a przekonanie kibiców United, którzy wypowiadając się po meczu stwierdzili, że nawet sir Matt Busby jest dumny z Chipolopolo wydaje się być jak najbardziej na miejscu.
Napisany przez Biafra | Data 25 stycznia 2012, 22:00
Tagi: Derby Manchesteru, Newton Heath
Pseudozimowe dni mijają wszystkim w powolnym tempie, nie racząc nas żadnym poważniejszym wstrząsem, podczas tygodniowego oczekiwania na kolejną potyczkę 19-krotnego mistrza Anglii.
Czasami dowiemy się, iż pewien Włoch za próbę odtańczenia kankana na boisku został zawieszony na kilka spotkań, aby za chwilę odetchnąć z ulgą, gdy z centrum dowodzenia wszechświatem wyciekną informacje o wcale nie tak poważnej kontuzji, pewnego zadziornego i nieustępliwego Anglika.
Oprócz tego nic ciekawego - same plotki, plotki, spekulacje i znów plotki, które usypiają człowieka, w tą jakże zimową pogodę. Są jednak dobre aspekty takiej aury, bowiem jak żadna inna nadaje się do snucia opowieści, nawet tych krótkich, jak ta zamieszczona poniżej...
Był koniec dziewiętnastego wieku, kiedy w Newton Heath powstał węzeł kolejowy, mający obsługiwać połączenia pomiędzy Manchesterem a Leeds. Nikt nie przypuszczał, iż własnie w tej niezbyt bogatej dzielnicy, a dokładniej mówiąc w parafii rzymsko-katolickiej narodzi się instytucja, która w przyszłości rozsławi przemysłowe miasto. Ludzie, którzy przybyli do Manchesteru w poszukiwaniu pracy, oczywiście ją znaleźli, gdyż kolej (Lancashire and Yorkshire Railway Company) potrzebowała ogromnej liczby pracowników. Jedyne czego brakowało to rozrywka.
Opowiastki, jak dobrze wiecie, mają to do siebie, iż są niezwykle uproszczone, więc przyjmijmy, że powstał pomysł - stworzenia klubu piłkarskiego, który narodził się w głowach ludzi z Manchesteru oraz Leeds. Czy nam się to podoba, czy też nie drodzy kibice, musimy uznać rolę mieszkańców tego jakże ukochanego przez nas miasteczka w narodzinach klubu.
Od pogadanki do pogadanki, pomysł przeobraził się w coś poważniejszego, dzięki czemu w 1878 roku panowie z Dining Room Committee, którzy podlegali pod Lancashire and Yorkshire Railway Company pozytywnie rozpatrzyli prośbę pracowników sekcji Przewozu i Wagonów o utworzenie wspomnianego klubu futbolowego. Panowie na cześć (a może z innych pobudek) swoich pracodawców nazwali swoje dzieło Newton Heath LYR (Lancashire & Yorkshire Railway).
Pierwszym boiskiem Newton Heath było North Road, czyli plac położony na północ od węzła kolejowego, o którym mowa była przez chwilą. W roku 1885, czyli siedem lat po założeniu klubu zorganizowano Manchester Cup, dla wszystkich drużyn piłkarskich z okolicy, a NH dotarło w nim aż do finału. Właśnie dzięki temu wydarzeniu władze kolei zrozumiały, iż dzięki zespołowi futbolowemu zwiększa się prestiż ich spółki, co zaowocowało pewną zmianą w traktowaniu pracowników. Od tej pory, przed meczami dostawali oni dzień wolnego, aby dobrze wypaść na boisku.
W 1888 roku została założona Football League, w której skład wchodziło dwanaście zespołów: Preston North End, Aston Villa, Wolves, Blackburn Bolton, West Bromwich Albion, Accrington Stanley, Everton, Burnley, Derby, Notts County oraz Stoke. Rok później zespoły, nazwane zbyt amatorskimi, aby wziąć udział w tych rozgrywkach (w tym m.in. Newton Heath) postanowiły zawiązać tzw. Sojusz Futbolowy (Football Alliance) i rozgrywać mecze we własnym gronie, do którego należały: Sunderland, Darwen, Crewe, Bootle, Grimsby Town, Birmingham St. Georges, Walsall Town Swifts, Nottingham Forest, Long Eaton oraz oczywiście Newton Heath.
W pierwszym sezonie istnienia Football Alliance piłkarze z Manchesteru nie imponowali swoją grą, co zaowocowało tylko ósmym miejscem na zakończenie kampanii. W 1890 roku Newton Heath zerwał współpracę ze Spółką Kolejową, a z nazwy klubu odpadły literki LYR.
Gwiazdami ówczesnej drużyny byli walijscy bracia - Jack i Roger Doughty, którzy byli tak dobrzy, iż zyskali międzynarodowy rozgłos. W zespole ważną rolę odgrywał również bramkarz Tom Hay oraz waleczny Szkot Pat McDonnell - człowiek, który za pracą przybył do Manchesteru aż z Glasgow.
w dniu 3 października 1891 roku odbyły się pierwsze derby Manchesteru, pomiędzy Newton Heath i FC Ardwick (późniejszym Manchesterem City), w których lepsi okazali się Heathens pokonując swoich rywali 5:2.
Kolejny rok przyniósł zmiany, mając sprawić, iż nic już nie będzie takie samo. Football League rozszerzyła się do dwóch dywizji, a niższą ligę tworzyły zespoły z Sojuszu Futbolowego plus Northwich Victoria, Rotherham i Woolwich Arsenal. Newton Heath wraz z Nottingham Forest zostały zaproszone do udziału w Dywizji Pierwszej, co było pierwszym z kroków ku wielkiej potędze klubu.
Pierwszy sezon w nowej lidze znów nie wyszedł piłkarzom z Manchesteru, bowiem ostatecznie zakończyli oni zmagania na ostatnim miejscu, zdobywając zaledwie 18 punktów na 60 możliwych. Newton musiało rozegrać więc mecz play-off z Small Heath (późniejszym Birmingham City), które zakończyło rozgrywki Dywizji Drugiej na pierwszym miejscu.
22 kwietnia 1893 roku oba zespoły zmierzyły się w Stoke, lecz po końcowym gwizdku wynik wynosił 1:1. Konieczny był rewanż, a miejscem wyznaczonym do niego był Bramall Lane, stadion Sheffield Wednesday. Heathens rozgromili wtedy swojego rywala 5:2, dzięki fenomenalnej postawie Farnhama (3 bramki) oraz trafieniom Cassidy'ego i Coupara, co oznaczało, iż otrzymali kolejny sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Rok później Newton Heath znów zakończyło zmagania na ostatnim miejscu i ponownie musiało powalczyć o przetrwanie w meczu play-off, tym razem z Liverpoolem. Ostatecznie ekipa z Manchesteru przegrała 0:2, zostając pierwszą drużyną w historii, która spadła z ligi, a wynik pojedynku przyczynił się do poniekąd do rozpoczęcia zaciętej rywalizacji pomiędzy klubami.
Po relegacji Heathens spędzili w Dywizji Drugiej aż 12 lat, podczas których popadli w poważne długi i ostatecznie otrzymali wezwanie do sądu, które zmieniło oblicze nie tylko samego klubu, ale także angielskiego futbolu.
Pod koniec sezonu 1901 sprawy na boisku oraz poza nim uległy znacznemu pogorszeniu. Drużyna zajęła dziesiątą pozycję w lidze, ludzie nie chcieli już oglądać poczynań swoich dotychczasowych ulubieńców, a sam klub potrzebował pokaźnego zastrzyku gotówki.
To właśnie wtedy władze Newton Heath postanowiły zorganizować czterodniową zbiórkę pieniężną (połączoną z targiem) w hali St. James na Oxford Street. Jedną z atrakcji tego wydarzenia był ogromny bernardyn, który miał przywiązaną przy szyi skrzyneczkę na datki dla klubu, a posiadał karton, zamocowany również w tym samym celu. Jednak trzeciej nocy pies zerwał się ze smyczy i uciekł przez niezabezpieczone wyjście z hali.
Bernardyn został znaleziony przez panów Jamesa Taylora i Johna Henry'ego Daviesa, przy czym drugi z dżentelmenów totalnie zauroczył się psem. Przypadkowe zdarzenie doprowadziło do spotkania pomiędzy Daviesem a kapitanem Newton Heath - Harrym Staffordem, który opowiedział biznesmenowi o kłopotach finansowych swojego klubu.
Kilka miesięcy później, wierzyciele stali się naprawdę bardzo niecierpliwi, a dług NW wynosił już prawie trzy tysiące funtów, przez co drużyna znalazła się na skraju bankructwa. Wydano nakaz likwidacji klubu i zorganizowano spotkanie pomiędzy przedstawicielami Heathens i wierzycielami w hali New Islington. Wniosek był jeden - natychmiast potrzeba 2000 funtów, aby spłacić długi i ocalić klub. Wówczas Harry Stafford zgłosił pomysł, który miał pomóc przetrwać Newton Heath.
Stafford spotkał się z trzema bogatymi biznesmenami, którzy zdecydowali się wpłacić po 500 funtów na klub. Byli to J. Brown, W. Deakin i James Taylor. Brakowało jeszcze 1/4 sumy, a kapitan NH przypomniał sobie pana Daviesa i złożył mu wizytę. Szczęśliwy właściciel bernardyna zgodził się dopłacić wymaganą przez wierzycieli sumę, ratując tym samym klub przed bankructwem.
28 kwietnia 1902 roku Newton Heath przestał istnieć, a w jego miejsce pojawił się Manchester United, którego pierwszym dyrektorem został oczywiście John Henry Davies, pojawiający się niemal wszędzie z pewnym bernardynem.
Ile w opowieści jest prawdy, a ile fikcji obecnie nie wie nikt. Jedno jest jednak pewne - legenda United narodziła się w nieprawdopodobnych okolicznościach...
Napisany przez Biafra | Data 24 stycznia 2012, 22:26
Tagi: Gary Neville, Liverpool FC, Puchar Anglii, Sir Alex Ferguson
Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego fani Liverpoolu tak bardzo nienawidzą Manchesteru United oraz wszystkiego, co związane z klubem z Old Trafford? Czy jest to spowodowane przypadkiem, a może też ma swoje racjonalne wytłumaczenie?
Odpowiedź na powyższe pytania znalazł pewien kibic The Reds, który postanowił swoimi przemyśleniami podzielić się na portalu bleacherreport.com, podając nie jedną, nie dwie ale dziesięć przyczyn, dla których każdy miłośnik ekipy z Anfield Road powinien (a wręcz musi) pałać niechęcią do drużyny z czerwonej części Manchesteru.
Pisałem kiedyś na temat rywalizacji pomiędzy oboma klubami oraz rzeczach, przez które to my - kibice United nie znosimy Scousersów, jednak jeśli ciekawi was spojrzenia na północno-zachodnią nienawiść od strony człowieka pochodzącego z Liverpoolu to zapraszam do lektury poniższego tekstu.
Bardzo napiętej sytuacji pomiędzy The Reds i Czerwonymi Diabłami z pewnością nie naprawił ostatni incydent z udziałem Luisa Suareza i Patrice'a Evry, za który Urugwajczyk został ukarany zawieszeniem na osiem spotkań. Kibiców Liverpoolu nawet nie boli tak bardzo samo wykluczenie ich piłkarza, jak fakt, iż podczas gdy sobotni mecz IV rundy Pucharu Anglii Suarez obejrzy tylko z trybun, to francuski obrońca z pewnością wystąpi w tym spotkaniu.
Fani zgromadzeni na The Kop z pewnością zgotują Evrze fantastyczne, gorące przyjęcie, jakiego nie zapomni bardzo, ale to bardzo długo. Jednak wracając do tematu, dlaczego kibic Liverpoolu nienawidzi United?
Otóż, po pierwsze:
Geografia
Główna i podstawowa przyczyna nienawiści między klubami! Kolej łącząca oba przemysłowe miasta, której początki sięgają jeszcze czasów naszych pradziadków, nie tylko umożliwiała dotarcie z Liverpoolu do Manchesteru, ale również dała podwaliny do rywalizacji pomiędzy miastami.
Wprawdzie dawna kolej w obecnych czasach już nie istnieje (przynajmniej oficjalnie) to walka na linii Scouser/Mancunian trwa w najlepsze. Najlepszym dowodem na jej istnienie są wszelkie boiskowe potyczki pomiędzy klubami z tych miast. Pojedynki The Reds z Czerwonymi Diabłami to bez wątpienia jedne z najwspanialszych derby na świecie, a już na pewno w Anglii.
Po drugie, równie ważne:
Łowcy chwały
Bowiem jak inaczej można nazwać przeciętnego kibica Manchesteru United? Przecież te dwa słowa opisują go najlepiej, jak tylko można.
Czerwone Diabły miały ogromne szczęście, że globalizacja futbolu nastąpiła w latach 90-tych, dzięki czemu mnóstwo osób miało możliwość ujrzenia angielskiej potęgi piłkarskiej, a co za tym idzie, również sukcesów ekipy z Old Trafford.
Wprawdzie klub podaje w oficjalnych danych, iż ma ponad 300 milionów kibiców na całym świecie to większość z tej liczby to tzw. turyści, którzy nie dość, że nigdy nie byli na Old Trafford to jeszcze często niewiele wiedzą na temat drużyny, której 'rzekomo kibicują'.
To oczywiste, że wśród tych trzystu milionów jest niewielka grupa fanów, którzy są lokalnymi sympatykami Czerwonych Diabłów. Co więcej, liczba ta rośnie w momencie, gdy United osiąga jakiś sukces, a maleje w chwili, gdy kończy się dobra passa podopiecznych sir Alexa Fergusona.
Cóż, nie jest zbyt pomocne wsparcie...
Kolejny powód to:
Brygada krewetkowych kanapek
Hmm, przed chwilą stwierdziłem, iż nie ma lepszego określenia na przeciętnego fana United. Muszę przyznać się do błędu, ponieważ podobno istnieje lepsza nazwa.
Co najlepsze, nie została wymyślona przez żadnego Scousersa, a przez człowieka związanego z Old Trafford przez wiele, wiele lat - Roya Keane'a.
Zero wsparcia, liczy się tylko opychanie kanapkami z krewetkami, a dopingowanie ukochanej drużyny schodzi na drugi, lub nawet trzeci plan. Nie ma już głośnych okrzyków, pokazywania miłości do klubu, a doping - owszem, czasami się pojawi, ale tylko w momentach gdy United wychodzi na prowadzenie.
To smutna rzecz, ale taki obraz coraz częściej można zaobserwować na Old Trafford.
Następnie mamy:
Fergie Time
Jednym z popularnych mitów Premier League jest Fergie Time, na temat którego bardzo często debatują fani innych drużyn. Jednak trafił on na listę, z jednej prostej przyczyny - TO NIE JEST MIT!
Badania pokazały, że Fergie Time naprawdę istnieje, a co więcej, Manchester United czerpie z niego ogromne korzyści.
Dlaczego również nienawidzimy tego terminu? Bowiem dotyczy sir Alexa Fergusona, co jest wystarczającym powodem dla kibica The Reds.
Piąty powód do nienawiści to:
Arogancja
Jest to jedna z kluczowych cech każdej osoby, czy to piłkarza, czy też trenera związanego z Manchesterem United.
Pozwólcie, że przedstawię to nieco inaczej - Manchester United jest uosobieniem arogancji.
Ich zawodnicy są aroganccy, ich Staruszek jest arogancki, a co najgorsze, ich kibice myślą, że ta cała arogancja to po prostu nic innego, jak tylko zaufanie do własnych umiejętności.
A do czego dochodzi, gdy drużyna emanuje arogancją.. tfu zaufaniem na kilometr? Do takiego sławnego zdarzenia, łączącego się z wynikiem 1:6.
Szósty, ale wcale nie tak mało ważny:
Sir Alex Ferguson
Nikt nie zaprzeczy, iż powodem sukcesów Manchesteru United w erze Premier League jest szkocki menadżer.
Czyż nie wystarczającym powodem do nienawiści jest fakt, że przez ostatnie 25 lat pewien człowiek drażni nas dzień po dniu?
Chciał zrzucić Liverpool z tronu (co też uczynił!), okej, nie ma sprawy, ale czynnikiem, który sprawia, iż tak bardzo nie cierpimy Fergusona jest jego znak firmowy.
Zanim doszło do całego zamieszania z sugerowaniem sędziemu czerwonej kartki, co uczynił Roberto Mancini całej Anglii znany był znak pt. "Patrz na mój zegarek".
Na tym się zatrzymajmy. Przecież każdy doskonale wie, że to Szkot jest główną przeszkodą pomiędzy Liverpoolem a tytułem mistrzowskim numer 19 na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. To już wszystko w temacie sir Alex.
No dobra, może jeszcze na koniec mały zawał serca w wykonaniu Fergiego.
Kolejny powód to oczywiście:
Gary Neville
Jeśli istnieje na świecie osoba, która oprócz Fergusona zapewniła sobie automatyczne pojawienie się na tej liście to musi być nią Gary Neville.
Jednak w tym przypadku nienawiść jest odwzajemniona, bowiem Anglik wiele razy pokazywał, co myśli o The Reds.
A chyba nie ma kibica Liverpoolu, który kiedykolwiek zapomni świętowanie w wykonaniu Gary'ego.
To wystarcza każdemu fanowi The Reds, w sumie można nawet powiedzieć, iż to przez osobę Neville'a wiele osób nienawidzi Manchesteru United.
Bliżej końca znajduje się:
Old Trafford
Ach... Teatr Marzeń... Jak na stadion z ponad 75 tysiącami miejsc, które przecież zwykle są zajęte to na Old Trafford bardzo często zapada tak ogromna cisza, że wstyd być wówczas piłkarzem United.
Wprawdzie Stretford End jeszcze momentami zrywa się do dopingu, ale zdaje się, iż wspominana Brygada Krewetkowych Kanapach wyssała całą energię z tego miejsca.
Nic więc dziwnego, iż wśród kibiców, którzy posiadają jeden z najgłośniejszych stadionów w Europie taki rozwój sytuacji budzi nienawiść. Oczywiście podczas derbowych pojedynków atmosfera na Old Trafford jest wspaniała, ale na pozostałych meczach to jeden z najnudniejszych obiektów w kraju.
Dziewiątym powodem do nienawiści jest:
Wywalczenie 19. tytułu mistrza kraju
Jest to cierń w sercu każdego kibica The Reds. Niestety musimy zaakceptować ten fakt - Mancs zrobili to po raz 19.
Pokazali całemu światu (głównie za sprawą wygolonej klatki piersiowej Rooneya) jak to podbiją Anglię. Cóż, to kolejny powód, aby pałać nienawiścią do United jak nigdy dotąd!
I ostatnia przyczyna to:
Ponieważ są Manchesterem United!
Czy istnieje lepszy powód niż ten? Pozwólcie, że powiem to inaczej. Czy może być lepszy powód niż ten?
Odpowiedź brzmi NIE! Nie ma na to szans przez najbliższy miliard lat.
Ludzie, którzy nienawidzą United robią to z taką samą pasją z jaką kochają Liverpool. To musi być powiązane.
To tyle jeśli chodzi o powody dla których przeciętny Scousers nienawidzi tego piep****** Manchesteru United. Warto przyjrzeć się powyższym punktom, bowiem jak wiadomo w każdej bajce jest ziarenko prawdy. Chociaż nie byłbym pewien, czy Scousersi są w stanie wymyślać bajki, ale może usłyszeli od kogoś spoza miasta? Cóż, na pewno wobec powyższego nie można przejść obojętnie.
To tyle! Miłego oglądania sobotniego pojedynku!
Artykuł pochodzi w znacznej części z bleacherreport.com, gdzie wpis zamieścił Pradeep Kumar.
Napisany przez Biafra | Data 19 stycznia 2012, 21:13
Tagi: James William Gibson, Sir Matt Busby
James William Gibson to osoba, której fani 19. krotnego mistrza Anglii powinni naprawdę szczerze podziękować za.. no właśnie, większość z nas pewnie nie ma pojęcia za co.
Dokładnie 80 lat temu, 19 stycznia 1932 roku urodzony w Salford biznesmen, którego większa część życia związana była z Old Trafford*wcielił w życie swoją obietnicę, którą było wyprowadzenie lokalnego klubu z poważnych długów. Co ciekawe, gdyby nie jego interwencja, Manchester United w nie byłby takim klubem sportowym jak ma to miejsce dziś, a być może nawet wcale by nie istniał...
W grudniu 1932 roku United znajdowało się na skraju przepaści: piłkarze nie otrzymywali swoich wypłat już od kilku tygodni, rezultaty osiągane przez drużynę były koszmarne, a liczba kibiców oglądających poczynania chłopców z Manchesteru była niewielka (zaledwie 4697 widzów na meczu z Bristol City w dniu 19 grudnia). Prawie dwie dekady po zostaniu drugi raz w historii mistrzem Anglii na klub padło widmo bankructwa, co oznaczało rychły koniec Manchesteru United.
Jednak wydarzenia, które nastąpiły niebawem nie tylko zmieniły bieg historii klubu, ale co najważniejsze pozwoliły mu przetrwać. Sekretarz klubu, pan Walter Crickmer spotkał się w jednej z restauracji z lokalnym biznesmenem, wielkim miłośnikiem sportu (zwłaszcza rugby i krykieta). Pomimo, iż tajemniczy jegomość nie był zbyt wielkim fanem piłki nożnej, to zdecydował się na zamknięcie jednego ze swoich zakładów i niemal natychmiast wpłacił na konto Manchesteru United około 2000 funtów. Pieniądze te pomogły władzom klubu uregulować zadłużenia związane z transportem zawodników na mecze, a także z ogólnymi sprawami drużyny. Wystarczyło również na świąteczne indyki dla piłkarzy, które miały symbolicznie nakłonić ich do pozostania w zespole z Manchesteru.
Taki obrót spraw na chwilę odegnał widmo bankructwa, lecz wciąż potrzebne było poważne wsparcie finansowe, aby uratować klub przed zamknięciem. W dniu 21 grudnia 1931 roku, wspomniany na początku artykułu Gibson, zgodził się płacić wszelkie rachunki United aż do 9 stycznia roku przyszłego, a także przekonał zarząd, iż zajmujący obecne stanowiska dyrektorzy powinni opuścić klub, gdyż ich praca nie przynosi efektów.
5 stycznia nakreślił plany reorganizacji klubu oraz mianował siebie dyrektorem Manchesteru United. 14 dni później, gdy zarząd podał się do dymisji, został jedyną osobą odpowiedzialną za drużynę. Chwilę później poinformował kibiców manchesterskiej ekipy, iż wszelkie długi zostały uregulowane, a tym samym klub został ocalony.
To to tylko krótki opis dokonań Jamesa Williama Gibsona jako dyrektora Manchesteru United, którym był w sumie przez 19 lat (1932-1951). To z jego inicjatywy powstał pierwszy w klubie system szkolenia młodzieży (Manchester United Junior Athletic Club), oczywiście również przez niego sfinansowany. Gibson był także człowiekiem, który przetrwał z Czerwonymi Diabłami czasy Wielkiego Kryzysu oraz II Wojny Światowej. Do jego zasług należy też mianowanie Matta Busby'ego menadżerem United w 1945 oraz finansowanie odbudowy Old Trafford po jednym z niemieckich nalotów.
Kiedy podopieczni sir Matta w 1948 dotarli do finału Pucharu Anglii, dyrektor - znajdujący się w zbyt ciężkim stanie po doznaniu udaru mózgu, aby uczestniczyć w meczu na Wembley - przywitał w Manchesterze dowodzącego zwycięską drużyną tymi słowami: - Spełniłeś moje największe marzenie.
Niestety, Gibson zmarł w 1951 roku, zaledwie kilka miesięcy przed tym, jak piłkarze Busby'ego zdobyli pierwszą od 41 lat koronę mistrza Anglii. W momencie jego śmierci Manchester United dopiero powoli podążał ku wyznaczonym przez wspaniałego dyrektora celom, jednak należy pamiętać, że to właśnie James William Gibson położył fundamenty pod wielki sukces.
To właśnie za to, wszyscy fani Czerwonych Diabłów powinni być mu wdzięczni, nawet w dzisiejszych czasach.
*Chodzi tutaj jednak o dzielnicę, a nie stadion United.
Tekst pochodzi ze strony manutd.com, którego autorem jest Paul Davies.
Napisany przez Biafra | Data 02 stycznia 2012, 08:06
Tagi: FA, Premier League, Rio Ferdinand, Sir Alex Ferguson, Tarcza Wspólnoty
Gdy kilka lat temu sir Alex Ferguson nazwał mecz o Tarczę Wspólnoty prestiżowym spotkaniem towarzyskim, które jego drużyna traktuje jako ostatni sprawdzian przed nadchodzącym sezonem, ściągnął na siebie ogromną falę krytyki.
Liczni trenerzy angielskich klubów, eksperci piłkarscy, a nawet sami kibice przyznali, że Szkot po raz kolejny żyje w innym świecie, znieważając bardzo poważnie angielską tradycję.
Co ciekawe, chodziło tylko o jedno zdanie menadżera Manchesteru United wypowiedziane przed meczem o tarczę w 2008 roku:
- Nigdy nie traktujemy tego spotkania jak walkę na śmierć i życie, to dla nas raczej wyznacznik przygotowania do sezonu.
Cóż, Ferguson przyznał otwarcie to, o czym wielu myśli, lecz tylko nieliczni (jak Mark Lawrensom) mają odwagę o tym mówić. Niemniej jednak piłkarski świat w Anglii nie pozostał obojętny na wypowiedź Szkota. Jak już wspomniałem, zarzucano sir Alexowi, iż kpi on sobie z bardzo poważnie traktowanej w ojczyźnie futbolu tradycji. Po części trudno się z krytykami nie zgodzić, gdyż rozgrywki o Tarczę Wspólnoty (do 2002 roku o Tarczę Dobroczynności) sięgają aż 1908 roku, kiedy to pojawiły się w miejsce meczu o Tarczę Dobroczynności Szeryfa Londynu.
Organizowane przez Angielską Federacją Piłkarską spotkanie, pomimo swojej wspaniałej historii, uznawane jest jako najmniej prestiżowe w całym kraju, ustępując miejsca nie tylko rozgrywkom w Premier League, czy też zmaganiom o Puchar Anglii, ale nawet Pucharowi Ligi, który jak doskonale wiemy, traktowany jest przez wiele klubów z przymrużeniem oka. Bez względu na to, przedsezonowy ‘mecz przyjaźni’ generuje spore sumy pieniędzy, które przeznaczane są nie tylko na cele charytatywne, ale również do wspierania angielskich drużyn, choć trzeba przyznać, iż FA dzieli równo, nie zważając na budżety poszczególnych zespołów (przykładowo w 2006 Tarcza Wspólnoty, sponsorowana wówczas przez McDonald uzbierała 880 tysięcy funtów, co zostało podzielone na wszystkie 124 kluby, biorące udział w Pucharze Anglii – każda z drużyn otrzymała około 5 tysięcy funtów...).
Pojedynek o tarczę jest więc bardzo towarzyskim wydarzeniem, którego nazwa jak widać, bardzo słusznie odwoływała się niegdyś do dobroczynności. Jednak z roku na rok zainteresowanie pojedynkiem pomiędzy zdobywcą Pucharu Anglii, a zwycięzcą Premier League, jest coraz mniejsze. Jeszcze kilka lat temu, mnóstwo kibiców emocjonowało się rywalizacją o pierwsze w sezonie trofeum, a media tworzyły wspaniałą otoczkę tego wydarzenia. Dziś na próżno szukać takiego zainteresowania nie tylko ze strony fanów, ale również i telewizji, czy też prasy, przez co coraz mniejsze zdziwienie powinny wywoływać słowa podobne do tych Fergusona.
Niestety tak nie jest, a wszystko rozchodzi się o tradycję. W innych państwach rozgrywane są tzw. super puchary, gdzie mierzy się zdobywca krajowego pucharu z mistrzem kraju. W Anglii mamy nieszczęsną Tarczę Wspólnoty, która traktowana jest tak, a nie inaczej przez niektóre kluby, w tym przez Manchester United, czyli drużynę mogącą pochwalić się największą liczbą zwycięstw w tych rozgrywkach.
Po co jednak o tym wszystkim wspominam? Otóż powód jest banalnie prosty… Kilka dni przed ostatnim meczem o tarczę, pomiędzy United a City, na portalu społecznościowym Twitter, Rio Ferdinand napisał bardzo ciekawą rzecz:
- Dzisiaj mecz gwiazd bejsbolu, relacja TV jest pierwszorzędna. Potrzebujemy meczu gwiazd Premier League… Pogadajmy o tym i rozwińmy temat…
No właśnie, gdyby tak zastąpić mało prestiżowe, cieszące się coraz mniejszym zainteresowaniem spotkania o tarczę, Meczem Gwiazd Premier League?
Spotkania All-Star to już tradycja w Stanach Zjednoczonych, gdzie takowe mecze istnieją we wszystkich najważniejszych ligach sportowych kraju Wuja Sama (NFL, NBA, MLB, NHL oraz MLS) i zwykle rozgrywane są w okolicach półmetku sezonu. Jest to coś, co oczywiście nie miało do tej pory miejsca w Premier League, co więcej nie istnieje w większości piłkarskich lig na świecie.
O co w tym wszystkim chodzi? Otóż, kibice (lub związek) wybierają dwie drużyny, złożone z ich zdaniem najlepszych zawodników danego sezonu, którzy rywalizują ze sobą w Meczu Gwiazd. W USA spotkania te, są prawdziwymi wydarzeniami, które przyciągają na stadiony, hale oraz przed telewizory mnóstwo ludzi, nie tylko kibiców sportowych. O popularności tych meczów, najlepiej świadczą sumy, jakie firmy płacą za możliwość umieszczenia spotu reklamowego podczas przerwy, czy przy każdej innej okazji podczas tego wydarzenia. Z pewnością zysk generowany przez All-Star Game jest o niebo większy, niż ten tworzony przez mecz o Tarczę Wspólnoty. To na pewno spory plus, bowiem mniejsze kluby mogłoby otrzymywać większe wsparcie, także więcej pieniędzy wędrowałoby na cele charytatywne.
Jak miałoby to wyglądać w Anglii? Drużyny All-Star to reprezentanci danych dywizji, czy konferencji. Jako, iż od dłuższego czasu Premier League nie jest podzielona na żadne dywizje, najlepszym rozwiązaniem byłoby rozegranie meczu Północ vs Południe. Patrząc na obecną tabelę ligi angielskiej oraz geografię kraju, możemy wprowadzić taki podział:
Północ: Newcastle United, Sunderland, Manchester United, Manchester City, Bolton Wanderers, Wigan Athletic, Everton, Liverpool, Blackburn Rovers, Stoke City.
Południe: Tottenham Hotspur, Arsenal, Chelsea, Queens Park Rangers, Fulham, Wolverhampton Wanderers, West Bromwich Albion, Aston Villa, Norwich City, Swansea City.
Nie ma znaczenia ilość piłkarzy powołanych z jednego klubu, jednak należałoby pamiętać, że udział w All-Star Game zapewnia nie nazwisko, lecz dyspozycja w danym sezonie, dzięki czemu w takim wydarzeniu mają szanse wziąć udział także zawodnicy mniej znani. Jedna drużyna składałaby się przypuszczanie z 11 podstawowych graczy oraz 7 rezerwowych (o tym, kto należy do pierwszej jedenastki decydowałaby liczba głosów oddanych na danego piłkarza przez kibiców). Jeśli FA chciałaby, aby takie spotkanie rozgrywane było przed sezonem, to wówczas wybór do Meczu Gwiazd byłby dla zawodnika nagrodą za udany poprzedni sezon.
Potrzebni również byliby dwaj trenerzy, którzy poprowadziliby te ekipy. I tutaj także podział na Północ – Południe, ekipę z północnej części kraju prowadzi trener z północnego klubu, który otrzymał największą ilość głosów itd.
Gdy Ferdinand wspomniał o tym pomyśle, natychmiast pojawiły się głosy, że np. piłkarze Manchesteru United i Manchesteru City nie zagraliby w jednej drużynie, gdyż wzajemnie się nienawidzą. Jak przyznał wówczas Rio, taka sytuacja ma przecież miejsce, gdy zawodnicy z tych klubów otrzymują powołania do reprezentacji i wbrew pozorom tworzą zgraną ekipę.
Być może takie rozwiązanie przyciągnęłoby do angielskiego futbolu jeszcze większą ilość sympatyków, a sam pomysł zdaje się mieć mnóstwo plusów. Po co bowiem, co roku udawać, że gra się na śmierć i życie o jakieś trofeum, kiedy tak naprawdę można stworzyć coś, co będzie nie tylko meczem, pełnym emocji i sztuczek piłkarskich, ale również wydarzeniem, którym znów tak jak kiedyś żyła cała Anglia.
Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Czy Mecz Gwiazd Premier League to głupi wymysł, czy też raczej trafiona idea? Od wyrażania swoich opinii macie komentarze – zachęcam do dyskusji.