Komentator tuż przed spotkaniem powiedział, że w wieczornych spotkaniach na Bloomfield Road nie brakuje emocji. Dzisiaj kibice zgromadzeni na stadionie po raz kolejny mogli być świadkami dreszczowca z prawdziwego zdarzenia.
Pierwsza połowa była jednak wielkim rozczarowaniem dla United. Smalling z Vidiciem grali nerwowo, druga linia nie istniała, Rooney nie radził sobie na flance a Berbatow był zupełnie niewidoczny. Jedynym zawodnikiem, który jako tako grał był Rafael, choć na dobrą sprawę mógł nas uratować przy drugiej bramce, ale teraz można mu to wybaczyć.
Mam nadzieje, że Ferguson oglądają tę odsłonę już na dobre zraził się do ustawienia 4-5-1 i kombinowania z Gibsonem, który po prostu jest za słaby na United. W środku tragedia, na skrzydle katastrofa i tyle na ten temat.
Na szczęście w drugiej połowie obraz gry znacznie się zmienił, no może nie tak od początku, ale od około 60 minuty oglądaliśmy już ten właściwy Manchester. Oczywiście przyczyniły się do tego odpowiednie zmiany zrobione w należytym czasie.
Giggs, czyli 37 letni weteran znów był nieoceniony. Może stracił kilka piłek, ale jego upór w dążeniu do zwycięstwa był naprawdę godny podziwu, szarpał lewą stroną niemiłosiernie i po raz kolejny przyćmił Naniego, który przez całe spotkanie wyróżnił się tylko dobrym podaniem do Fletchera (pierwsza bramka).
Drugim z rezerwowych który zachwycił był rzecz jasna Hernandez. Wprawdzie powinien strzelić więcej niż jedną bramkę, ale i tak zanotował występ na plus. Świetnie urywał się obrońcom, dobrze dogrywał i co najważniejsze strzelił kolejną jakże ważną bramkę, zajebisty joker.
Nie można zapomnieć o Dymitarze, który ukuł dwa razy (nareszcie na wyjeździe) i zapewnił nam jakże cenne trzy punkty.
Widać u niego ogromną pewność siebie, znów była taka sytuacja w której w poprzednich sezonach prędzej szukałby partnera a dzisiaj świetnie ją wykończył, oczywiście chodzi o bramkę numer trzy.
Wprawdzie po pierwszej połowie można było mieć do niego spore pretensje, ale liczy się końcowy rachunek i dzięki trafieniom Berbatow może mówić o kolejnym dobrym występie.
Szkoda natomiast Rafaela (jego kontuzji) i Rooneya, który o swoim jubileuszowym występie chciałby jak najszybciej zapomnieć. Naprawdę niepokoi mnie jego forma i impotencja strzelecka. Jeśli tak dalej pójdzie, to może stracić miejsce na rzecz Hernandeza, choć z drugiej strony to zawsze Rooney i u Fergusona grać będzie.
Jeszcze słówko o rywalach i ich trenerze. Szacunek dla Hollowaya, który nie rzuca słów na wiatr.
W prasie niejednokrotnie wspominał o tym, że nie cierpi męczyć kibiców zwycięstwami po 1-0 i typowo defensywną grą.
Dzisiaj Blackpool znów potwierdziło, że lubi i umie grać ofensywnie. Przy prowadzeniu 2-0 większość słabszych drużyn zaczęłaby bronić się całym zespołem, ale nie ta. W drugiej połowie wprawdzie w mniejszym stopniu, ale nadal interesował ich atak a Holloway dodatkowo wpuszczał ofensywnych graczy, muszę przyznać, trochę mnie to zdziwiło.
Jednak lepsze zespoły takie nastawienie mogą skarcić i na szczęście nam ta sztuka się udała.
Brawa także dla ich najlepszego gracza, Charlie Adama.
Szkoda, że u nas nie ma nikogo kto tak dobrze biłby stałe fragmenty gry. Ponadto Szkot jest ich dyrygentem i tylko kwestią czasu jest jego transfer do mocniejszego zespołu.
Patrząc ogólnie na całe spotkanie, znów zawiedliśmy, bo taka gra jaką oglądaliśmy do 60 minuty jest niedopuszczalna.
Na szczęście najważniejsza jest wygrana i charakter który zdołaliśmy pokazać.
Mam nadzieje, że chłopaki po takim spotkaniu dostaną pozytywnego "kopa" i w meczach wyjazdowych od początku będą pokazywać jaja.
Jest dobrze, teraz przed nami puchar a w Premiership spotkanie na Old Trafford, czyli teoretycznie łatwiejsze zadanie.
Później wróci Park i na szczęście nie będziemy musieli oglądać już Gibsona.
» Środa, 26 stycznia 2011, 08:11
#200