ARTYKUŁY
Czerwony diabeł
( Rzeczpospolita 6.11.2006 )
Królowa Elżbieta II nadała mu szlachectwo, choć to ostatnia rzecz, jaka kojarzy się z jego manierami i stylem pracy. Alex Ferguson, choleryk z Glasgow, od 1986 roku rządzi w Manchesterze United jak władca absolutny. Wygrał z tym klubem wszystko, ale ciągle nie ma dość.
- Gdy wchodzisz do jego gabinetu i chcesz zacząć rozmowę, usta ci drżą, a w gardle robi się sucho - wspomina David Beckham, który z Manchesteru odszedł w 2003 roku, kiedy Szkot w furii kopnął w niego butem leżącym na podłodze szatni. Porywczemu trenerowi zdarzało się też rzucać w piłkarzy filiżankami z herbatą, karać ich za wyprzedzenie go na drodze, cenzurować klubową telewizję i wynajmować detektywów, którzy sprawdzali, gdzie i jak bawią się zawodnicy.
Ferguson lubi widzieć strach w oczach innych. Jest perfekcjonistą i nie wybacza. "Jedni zbierają znaczki, on gromadzi urazy" - pisał " The Guardian". Od dwóch lat bojkotuje pomeczowe wywiady dla BBC, bo nie spodobał mu się program tej stacji o interesach, jakie robi ze swoim synem Jasonem, menedżerem piłkarskim. Nie bał się sądzić o pieniądze ze swoimi szefami i mówić kibicom United, że jeśli coś im się nie podoba, mogą chodzić na mecze Chelsea. - Wszyscy jesteście idiotami! -krzyczał nieraz do dziennikarzy zadających niewygodne pytania. Awanturował się, prowokował, obrażał, a jednocześnie prowadził United do sukcesów, jakich ten klub nie osiągał nigdy wcześniej. Jest najbardziej utytułowanym współczesnym trenerem. Jego ulubione powiedzonka weszły do słowników angielskiego. W najlepszych ligach Europy nie ma dziś szkoleniowca, który pracowałby w jednym klubie tak długo jak on.
Wściekły Fergie
Dziś mija 20 lat od chwili, gdy Alexander Chapman Ferguson, wówczas 45-latek, został przedstawiony kibicom w Manchesterze jako nowy trener i przywitał ich swoim firmowym cierpkim uśmiechem. Rozpoczynał misję ratowania klubu żyjącego przeszłością. Choć w United nie brakowało pieniędzy, zespół był na przedostatnim miejscu w lidze.
Szkot przyjeżdżał do Anglii z opinią jednego z najzdolniejszych młodych trenerów i przydomkiem Wściekły Fergie.
Tak nazywali go piłkarze Aberdeen, z którymi przełamał dominację klubów z Glasgow - Celticu i Rangersów, zdobywając w ciągu ośmiu lat dziesięć ważnych trofeów: trzy mistrzostwa Szkocji, cztery krajowe puchary, Puchar Ligi, Puchar Zdobywców Pucharów i Superpuchar Europy. Dostał za to od królowej Order Imperium Brytyjskiego. Był też krótko trenerem szkockiej reprezentacji po śmierci Jocka Steina, któremu wcześniej pomagał jako asystent. Pasował charakterem do klubu z Manchesteru, którego piłkarzy nazywa się Czerwonymi Diabłami.
Cholerny futbol
Do jego przyjścia wydawało się, że każdy trener United jest skazany na życie w cieniu słynnego Matta Busby'ego, który prowadził klub od 1945 do 1971 roku (z przerwą na sezon 1969 - 1970) i jako pierwszy zdobył z nim Puchar Europy. Ferguson zaczął źle, pierwszego trofeum - Pucharu Anglii w 1990 roku - doczekał się dopiero w czwartym sezonie pracy na Old Trafford. Potem jednak nastąpiła seria sukcesów, która, jak napisze jeden z komentatorów, zamieniła zapomniane księstwo futbolu w superpotęgę.
Osiem tytułów mistrza Anglii (pierwszy w 1993, po 26 latach przerwy, ostatni w 2003 roku), pięć Pucharów Anglii, dwa Puchary Ligi, Puchar Zdobywców Pucharów i - przede wszystkim - Puchar Europy zdobyty w 1999 roku po dramatycznym finale w Barcelonie. Manchester w 90. minucie przegrywał z Bayernem Monachium 0:1, ale w doliczonym czasie zdobył dwie bramki. To wtedy Ferguson wypowiedział swoje słynne słowa o cholernym futbolu ("Football, bloody hell"), który raz daje, a raz zabiera. Miesiąc po finale w Barcelonie królowa Elżbieta II nadała mu tytuł szlachecki.
Manchester kończył tamten sezon w potrójnej koronie, z mistrzostwem kraju, Pucharem Europy i Anglii. Do dziś pozostaje jedynym angielskim zespołem, któremu się to udało. Stał się najpotężniejszym, najbogatszym i najpopularniejszym klubem na świecie, a sir Alex jego faktycznym szefem, bo nikt w zarządzie spółki nie miał odwagi powiedzieć mu "nie". To zmieniło się w ostatnich latach, gdy władzę na Old Trafford przejął amerykański miliarder Malcolm Glazer, ale Manchester United wciąż pozostaje taki jak jego trener - wyniosły, przekonany o własnej wyjątkowości i budzący strach u rywali.
Nie okazuj słabości
- Mogę znaleźć tysiące lepszych od niego trenerów, bo szkolenie nie jest mocną stroną Fergiego. Za to nikt nie potrafi tak kierować ludźmi jak on. To urodzony lider, przywódca stada - mówi Peter Schmeichel, duński bramkarz, który zdobywał z Fergusonem tytuły w latach 90. Od prowadzenia treningów jest w Manchesterze asystent Szkota Carlos Queiroz. To z nim sir Alex konsultuje decyzje dotyczące taktyki i składu. O tym, jak kierować drużyną, decyduje sam. Podstawowa zasada: nigdy się nie cofaj i nie okazuj słabości. Liczy się tylko tu i teraz, a nie przeszłe zasługi. Stąd tyle burzliwych rozstań z tymi, którzy wcześniej byli jego ulubieńcami.
Dwight Yorke został odstawiony na bok, gdy za bardzo spodobało mu się nocne życie. David Beckham, jeden z wychowanków Fergusona, zapłacił za to, że stał się gwiazdą popkultury i ożenił z dziewczyną, której trener nie znosił. (- A nie mógłbym mieć dwóch naboi? - odpowiedział kiedyś Szkot na pytanie dziennikarza, kogo by wybrał, gdyby wszedł z pistoletem załadowanym jednym nabojem do pokoju, w którym siedzą Arsene Wenger, jego największy wróg wśród trenerów, i Victoria Beckham).
Jaap Stam popadł w niełaskę z powodu niedyskrecji w książkowej autobiografii, a Ruud van Nistelrooy - gdy nabrał przekonania, że jest ważniejszy niż drużyna. Ferguson nie wahał się wyrzucić z klubu nawet Roya Keane'a, Irlandczyka, który przez dwanaście lat był jego najwierniejszym giermkiem i dla swojego pana biegałby za piłką nawet po tłuczonym szkle. Wzajemny szacunek i podziw skończyły się jednak, gdy rok temu Keane skrytykował warunki przygotowań do sezonu, a potem powiedział o kilka słów za dużo w wywiadzie dla klubowej telewizji.
Dwie twarze
Kto akceptuje surowe zasady Fergusona i jest lojalny, może liczyć na wdzięczność i wierność trenera. Tak jak Gary Neville, Paul Scholes, Ryan Giggs czy Ole Gunnar Solskjaer, piłkarze, którzy zdobywali ze Szkotem potrójną koronę w 1999 roku i grają dla niego do dziś. - Fergie ma dwie twarze. Zdarzało się, że rzeczy fruwały w szatni, ale potrafił też być czarujący - wspomina Viv Anderson, pierwszy piłkarz sprowadzony przez niego do Man United. Podobno Ferguson pierwszy dzwoni do zwalnianych trenerów ze słowami pocieszenia, a w zaufanym gronie potrafi być duszą towarzystwa. Ogromny wpływ mają na niego żona Cathy i trzech synów. Jason ma swoją agencję menedżerską, Mark pracuje jako finansista w londyńskim City, Darren jest piłkarzem Wrexham.
Można z Fergusonem rozmawiać godzinami okoniach wyścigowych i hiszpańskich winach, można spotkać go w jednym z teatrów Manchesteru, ale jego pierwszą miłością pozostaje futbol. Od 20 lat codziennie rano wyjeżdża ze swojej willi w Wilmslow, by być w klubie na 7.30. Przygotowuje się do pracy, gdy wielu jego piłkarzy jeszcze śpi.
Ręka ojca
Przywykł do ciężkiej pracy. Urodził się w sylwestra 1941 roku w protestanckiej rodzinie robotniczej. Lekcje życia brał na ulicach Govan, blisko doków południowo-zachod niego Glasgow. Ojciec pracował w stoczni, miał dla synów ciężką rękę. Nauczył ich hardości i wiary w socjalizm. Młody Alex również poszedł do pracy do stoczni i został, jak ojciec, związkowcem.
Pracował i grał w piłkę. Był napastnikiem mało efektownym, ale skutecznym. Jako szesnastolatek zadebiutował w Queens Park, potem grał w St. Johnstone i Dunfermline, aż w 1967 roku przeszedł do Rangersów za 65 tysięcy funtów, co było wtedy rekordem w transferach między szkockimi klubami. Ferguson-trener nie wytrzymałby długo z Fergusonem-piłkarzem. WSt. Johnstone zamęczał swoich szefów, żądając albo miejsca w składzie, albo sprzedania do innego klubu, w Dunfermline zrobił awanturę, gdy trener nie wystawił go w meczu z Celtikiem. Gdy grał w Rangers i po przegranej w finale Pucharu Szkocji zrobiono z niego kozła ofiarnego, trzasnął drzwiami, a medal dla pokonanych wyrzucił. Został grającym trenerem w Falkirk, zakończył karierę piłkarza w Ayr United i potem zajął się już tylko trenowaniem. Od East Stirlingshire, przez St. Mirren i Aberdeen, doszedł do Manchesteru, pilnując, by ostatnie słowo zawsze należało do niego.
Jeszcze jeden ryk
Tysięczny mecz pod jego okiem Manchester United rozegrał w lutym 2005 roku z Olympique Lyon w Lidze Mistrzów. Do dzisiaj spotkań uzbierało się już ponad 1100, z czego piłkarze Fergusona przegrali tylko co czwarte. Trener płaci za emocje problemami z sercem, od dwóch lat ma wstawiony rozrusznik, ale na emeryturę się na razie nie wybiera.
Podobno był bliski zwolnienia w 1990 roku, gdy piłkarze United mieli fatalną serię porażek. Przerwali ją w ostatniej chwili. Sam zapowiedział swoje odejście z końcem sezonu 2001 - 2002, ale na trzy miesiące przed terminem zmienił zdanie i przedłużył kontrakt. Gazety odsyłały go na emeryturę nieraz, ostatnio jesienią ubiegłego roku, gdy Manchester po raz pierwszy od dziesięciu lat odpadł z Ligi Mistrzów już po pierwszej rundzie.
W ostatnich latach gwiazda United przybladła. Od 2001 roku piłkarze Fergusona zdobyli tylko jedno mistrzostwo, Puchar Anglii i Puchar Ligi. Trenera coraz częściej zawodziła intuicja przy transferach, nawet tytuł największego aroganta Premiership zabrał mu Jose Mourinho z Chelsea. Ale Ferguson sam wybierze moment pożegnania. Wie, że dotychczas ci, którzy rzucali mu wyzwanie, przegrywali. Jak zwykle nerwowo żuje gumę, patrząc, jak grają jego piłkarze.
Powodów do niepokoju nie ma: Manchester prowadzi w lidze angielskiej, a w Lidze Mistrzów jest o krok od awansu do kolejnej rundy. Ferguson pamięta ryk kibiców, gdy przywiózł im na Old Trafford Puchar Europy. Zanim odejdzie, chce go usłyszeć jeszcze raz.
Autor: Paweł Wilkowicz